Niusy » Różne ciekawostki » Pozytywna adrenalina, która leczy

Pozytywna adrenalina, która leczy

Dodał: Termit

 

Zapraszam Was Dolnoślązaków i nie tylko do Mirosławic koło Wrocławia na najbliższą sobotę gdzie można samemu przeżyć wspaniałą przygodę jak i zobaczyć co tam moja siosra wyrabia. Ja wyładowałem nad morzem i osobiście tam nie mogę być ale sercem i duszą będę tam w sobotę wspierając całą ekipę. Ale może oddam głos dla mojej siostry jak Ona to widzi:



Rozpoczęliśmy nietypową terapię.

Aplikujemy solidną dawkę pozytywnej adrenaliny oraz wiary w siebie. Z wysokości 4 tys. metrów wszystko jest malutkie. Nawet problemy pacjentów Kliniki Transplantacji Szpiku, Hematologii i Onkologii Dziecięcej. Rok temu dostałam nietypowy prezent - poleciałam w tandemie na spadochronie. Skoczyłam, pokonując moją największą słabość - lęk wysokości. - Jak tu pięknie - tyle udało mi się powiedzieć, kiedy przestaliśmy pędzić z prędkością 220 km/h i mogłam wreszcie cokolwiek wykrztusić. A jak jest? Mam u stóp całą ziemię mieniącą się naturalnymi kolorami. Widać pola, drogi i maleńkie domy. Najwyższa tutejsza góra - Ślęża zmienia się w niebiesko-zieloną plamę. Dodatkową atrakcją są chmury i lśniąca linia widnokręgu. Uczyli o niej na geografii, a teraz można ją zobaczyć. Do prezentu dołączyła się samodzielnie i zupełnie gratis taka dawka adrenaliny, że przez następne dni dosłownie mnie nosiło. Głowa zadarta do góry, obserwacja chmur i błękitnego nieba oraz świadomość, że jestem super ktoś , skoro dałam radę. Utwierdzam się w tym przekonaniu skacząc jeszcze dwukrotnie.

Pejzaż horyzontalny, człowiek jak stwórca nieobliczalny…

Mieszkam we Wrocławiu niedaleko kliniki przy ul. Bujwida. W całej Polsce znanej z tego, że zmarła tu Agata Mróz. Mnie znanej z tego, że kupując pieczywo w sklepie na rogu, często spotykam rodziców z dzieckiem na wózku, z czapką na łysej głowie. Nie raz i nie dwa wychodzę ze sklepu pełna współczucia i bezsilności. Chyba nigdy nie uda się zaakceptować faktu, że taka straszna choroba dotyka małe dzieci. Takie jak moje. Wychodzę bez chleba, za to z myślą – zrób coś skoro jesteś taki super ktoś. Ale ten super ktoś gdzieś się schował, słucha jak inni mówią, że nie mogliby chodzić do takiej kliniki, bo są zbyt wrażliwi, bo mają swoje zdrowe dzieci, bo to straszne… Wkrótce do mojej firmy przychodzi pismo od Agencji Artystycznej z Krakowa, która w tej klinice wystawia przedstawienie teatralne i potrzebuje środków na prezenty. Nie mogę ich wspomóc finansowo, ale organizuję zbiórkę zabawek, słodyczy, art. papierniczych. Pracuję w hurtowni farmaceutycznej, na mój e-mail reagują natychmiast przedstawiciele farmaceutyczni. Prezentów jest tyle, że nie mogę zapakować wszystkich do samochodu. Panie ze szkoły przy klinice serdecznie dziękują, ale w trakcie rozmowy pada zdanie, że tak naprawdę potrzeby są inne. Potrzeba środków higienicznych, delikatnych środków myjących, kremów pielęgnujących. W klinice jest czysto i kolorowo, ale wymienione środki są tu zużywane w ogromnych ilościach, a sytuacja materialna rodziców bywa różna. Super ktoś - wyłaź! Wiem już, co zrobić.

I co ja robię tu ...uuu, co ja tutaj robię?

Wysyłam kolejne e-maile do współpracujących firm farmaceutycznych. Po tygodniu nieobecności w pracy nie mogę wejść do swojego biura. Recepcja rozkłada ręce - byli, przynieśli. W pokoju stoi ponad 1000 szt. chusteczek higienicznych, kartony delikatnych kosmetyków. Większość przedstawicieli uzyskuje zgodę swojej firmy na kupno lub przekazanie wspomnianych materiałów. Ci, którzy jej nie dostają, finansują zakupy z prywatnych środków. Włączają się również nasi pracownicy. Jedna z pań telemarketerek zakupuje 30 bajecznie kolorowych koszulek bawełnianych, inna karton chusteczek nawilżanych. Kilkakrotnie dojeżdżam do kliniki bo ilość przerasta pojemność mojego auta. Wszystko rozdajemy wprost do potrzebujących rąk. Obserwuję zdziwienie i wdzięczność rodziców. Czuję, że dla mnie to wystarczająca zapłata. Dodatkowo organizujemy akcję sprzedaży pakietów leków do aptek, z których rabat przekazujemy właśnie do kliniki. Niebooooo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj… Do adresatów moich "klinicznych e-maili" dołączam firmy spoza farmacji. Zwracam się z prośbą do Strefy Spadochronowej Olimpic Skydive z Mirosławic. Pomysł mam taki, żeby zabrać dzieci na górę. Zaaplikujmy im pozytywną adrenalinę. Piloci, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić w trakcie moich skoków od razu mówią "tak". Chcą zaakcentować swój udział w akcji - polecą z dziećmi "po kosztach" - bez swojej prowizji. Ogłoszenie wisi w klinice ponad miesiąc bez odzewu. Albo stan dzieci jest zły, albo rodzice nie wierzą, że warto. W szpitalu na badaniach kontrolnych pojawia się 12-letni Bartek. W grudniu został mu przeszczepiony szpik i jak mówi jego mama "stał się cud". Chłopiec wraca do zdrowia, po kilku trudnych latach walki z chorobą. Jest coraz silniejszy, coraz więcej mu wolno. Wolno mu także skoczyć i bardzo tego chce.

Lecę, bo chcę …lecę, bo życie jest złe... czy są pieniądze czy nie...

Przychylność prezesa naszej firmy powoduje, że szybko gromadzę wymagane środki finansowe. Ustalamy datę skoku na sobotę 6 czerwca. Bartek przyjeżdża z bratem i rodzicami. To miły, sympatyczny chłopiec. Przyjeżdża też ekipa telewizyjna. Czuję, że to sprawka aniołów z chmur, bowiem okazuje się, że reporterka wrocławskich Faktów prywatnie jest skoczkiem spadochronowym. Wszyscy chcą wiedzieć, czy mały człowiek się boi. Jego odpowiedź chyba zaskakuje najtwardszych: - Ja już tyle w życiu przeszedłem, że niczego się nie boję. Odprowadzam go do samolotu. Ubrany w kolorowy kombinezon, okulary i rękawice trzyma za rękę "Krawca" - pilota, który ma na koncie kilka skoków z ludźmi niepełnosprawnymi. Jego macierzysty aeroklub jest w Zielonej Górze, ale przyjechał tu specjalnie dla Bartka. Kiedy po kilkudziesięciu minutach są znowu na ziemi, chłopiec na pytania "jak było?" początkowo jest w stanie powiedzieć tylko "suuuper". Później płyną opowieści o widokach i o tym, jak jest w chmurach, kiedy kłują igiełki lodu. Zdjęcia i wręczenie dyplomu kończą naszą wizytę na lotnisku. Tydzień później Bartek dostaje film, który udokumentował jego wyczyn. Odwożę rodzinę na Stadion Olimpijski, gdzie trwają właśnie II Onkoigrzyska. Wita nas szefowa kliniki pani profesor Alicja Chybicka, która została Kobietą Roku 2008 w plebiscycie "Twojego Stylu". Pozostaję pod wrażeniem przeczytanych wywiadów z nią. Niezwykle jest mi miło, kiedy mogę ją poznać osobiście.

Droga pani z telewizji…

Wieczorem w tym dniu wylatuję na urlop i nie mam pojęcia, że materiał z naszego skoku i całej akcji ukazał się w głównym wydaniu Wiadomości TVP1. Po powrocie okazuje się, że zwróciło na nas uwagę bardzo wielu ludzi. Przyjeżdżają do mnie przedstawiciele z południowo-zachodniej Polski i większość z nich nas widziała. Z tej radości żaden nie wychodzi z firmy bez pozostawienia mi jakiegokolwiek wsparcia dla kliniki. Odzywają się również osoby prywatne. Starzy znajomi, przyjaciele, bądź zupełnie obcy, którzy zdjęcie Bartka zobaczyli na portalu Nasza-klasa. Telewizja zrobiła więc dla nas bardzo dużo, chociaż nieco zmieniła fakty. Podała bowiem, że pieniądze zebrała Fundacja, a ja zostałam wolontariuszką. Wyjaśnię tylko tyle, że jeszcze nie założyłam żadnej Fundacji. Jestem po prostu pracownikiem Polskiej Grupy Farmaceutycznej oddz. Wrocław. Radość Bartka spowodowała, że obecnie mam listę ośmiorga dzieci, które czekają na swój skok. Spotkamy się 11 lipca w sobotę o godz. 11 w Mirosławicach. Nie poleci z nami tylko Natalia, która w tym tygodniu rozpoczyna kolejny etap leczenia. Moje anioły z chmur chyba usłyszały zmartwiony głos dziewczyny, bo sprawiły, że dziwnym trafem samolot z Mirosławic poleciał akurat do Ostrowa Wielkopolskiego, który jest jej rodzinnym miastem.

Dzisiaj - 5 lipca ok. godz. 14 Natalka poleciała w niebo. Dotrzymała obietnicy, bo natychmiast po skoku zadzwoniła do mnie. Żałuję, że mnie tam nie było, ale słyszałam, że jest szczęśliwa. Stawiam też diagnozę, że złapała tego samego podniebnego wirusa co ja. Trzeba będzie jakoś ją leczyć, bo na koniec wygłosiła cudne zdanie: - Ja wiem, że jeszcze kiedyś tam polecę. I niech ta myśl ją wspomaga przez najbliższe trudne dni. 7 lipca zaczyna chemioterapię. Film zawiozę jej do kliniki.

Aż tu nagle pogoda, taka dobra pogoda, odpowiednia pogoda na szczęście

Trzymajmy kciuki, żeby była piękna pogoda. Mam pieniądze, dzieci nie mogą się doczekać. Do akcji włączyli się wszyscy piloci Strefy Olimpic Skydive. Jacek - szef Strefy, Arnold "Krawiec", Robert "Jurek" oraz Krzysztof - "Ojciec Tandem". Chciałabym, żeby zrobili z tych dzieci "super ktosia", który skoro dotknął chmur, to poradzi sobie z największymi przeciwnościami. Problemy z wysokości 4 tys. m wydają się malutkie. Niech ta pozytywna adrenalina uzbroi dzieci w potężny oręż potrzebny do walki z chorobą.

źródło- portal Wiadomosci24.pl

 
Komentarzy (5) | 9.07.2009 | Drukuj | Poleć znajomemu

Napisz komentarz:

Zaloguj się by dodać komentarz.