Niusy » Polska której nie znamy... » Wypad na Jurę Krakowsko-Częstochowską

Wypad na Jurę Krakowsko-Częstochowską

Dodał:

 

Galeria foto johnny40
Zastanawialiśmy się z żoną co zrobić za prezent mojej mamie na Dzień Matki i oceniając jej możliwości kondycyjne padło na mały wypadzik na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Na pierwszy ogień poszedł zamek w Pieskowej Skale, ostatni raz byliśmy tam z żoną i dziećmi 12 lat temu, kiedy jeszcze większość sal była w remoncie, córki były wtedy zawiedzione bo nie zobaczyły królewny.



Po opłaceniu haraczu za parking 6,50 zł za osobówkę na cały dzień ruszyliśmy schodkami do wrót zamku. Ja od razu fociłem roślinki na podejściu do bramy. Jest godzina 9,10 podchodzimy do kasy a tu się okazuje, że zwiedzanie zamku i sal od godzinki 10,00, więc idziemy sobie pod Maczugę Herkulesa, tam klikam kilka fotek żonie z mamą, mamie, no i żonka mnie uwiecznia, tych fotek nawet nie dawałem do albumu.

Po kilkunastu minutach wracamy na dziedziniec przed zamkiem, wchodzimy na taras kawiarnii, zrobić sobie parę fotek. Tymi fotkami też was nie będę zanudzał. Nareszcie nadchodzi godzina zero, kupujemy bilety i wchodzimy na dziedziniec wewnętrzny zamku. Kilkanaście zdjęć na parterze, przy studni, ogólnie krużganki ofocone w koło, łącznie z maszkaronami miedzy kolumnami, wewnątrz zamek odnowiono ładnie.

Przed wejściem na salony poinformowano mnie że nie wolno robic zdjęć i filmować w salach muzealnych, czym mnie te ,,straszliwe cerbery" deczko zdenerwowały, no ładnie, coś mi sie spodoba i nie moge tego sobie pstryknąć na aparacik. Cóż było robić, będąc jeszcze na dziedzińcu wyłączam brzęczek i ruszam na sale. Sale pięknie odnowione, sporo eksponatów, w jedej z sal spodobała mi się piękna szafa z drewna, nietety cerber stał cały czas obok mnie i nie umiałem sobie kliknąc fotki. Ogólnie jest co obejrzeć na tych salonach.

Korzystając z chwilowej nieobecności cerbera klikam szybko sobie 3 zdjęcia i to były jedyne jakie mi się udało na tych salonach zrobić. Po zwiedzeniu piętra przechodzi sie na 2 pietro zamku do dalszych sal muzealnych. Na zakończenie zwiedzania wchodzi się do sali histori zamku w Pieskowej Skale, aaaaa przed wejściem na salony musimy ubrać te przecudne muzealne papcie na filcu i trzeba troszke uważać żeby nie zaliczyć gleby chodząc w nich. Jest też sala malarstwa angielskiego, ale to już za dodatkową opłatą. Nie jesteśmy znawcami ani entuzjastami tego typu sztuki więc sobie darowaliśmy te malunki.

Zwiedzanie sal i dziedzińca zajeło nam coś półtorej godzinki. Nasyciwszy tylko oczy i duszę a nie kartę pamięci aparatu opuszczamy zamczysko i kierujemy się znowu ku Maczudze Herkulesa, robię jeszcze parę fotek, zwłaszcza te robiące dużo hałasu podchodzące do lądowania samolociki. Schodzimy do Doliny Prądnika i wzdłuż drogi idziemy na parking. Na parkingu nie ma już ani jednego wolnego miejsca, a jest dopiero przed 12, 6 autokarów i reszta osobówek. Krótka narada co robimy dalej rzut oka na mapę i jedziemy do Wierzchowa, do Jaskini Wierzchowskiej. Po dojechaniu na parking bezpłatny, robimy małą przerwę na zjedzenie czegoś tam sobie i tak mamy czas bo wejścia do jaskini o pełnej godzinie. Po posiłku idziemy w kierunku jaskini, kupujemy sobie bileciki po 14 zł sztuka i czekamy na nadejście przewodnika.

Ja korzystając z paru wolnych minutek idę sobie poza teren jaskini na wzniesienie, robię fotki, niestety nie ma dobrej przejrzystości powietrza i góry ledwie widać a Tatry to tylko słabiutki zarys sie rysuje . Ojjjjjj strasznie punktualni są tam, wybija 13 dopiero przychodzi pan przewodnik, parę słów na wstępie co i jak i wchodzimy do jaskini. Zero szaty naciekowej wszystko zniszczli archeolodzy podczas poszukiwań szczątków w zamulisku, żeby się do niego dostać zniszczyli całą szatę naciekową bo ta ich nie interesowała, resztę zrobiła okoliczna ludność, a jak i dlaczego tego się dowiecie od przewodnika w czasie chodzenia po jaskini, więc przyjdzie mi poczekać parę milionów lat żeby znowu powstały ciekawe stalaktyty, stalagmity i inne formy nacieków.

W jaskini mieszka nasz ileś tam razy pra pra przodek uwieczniłem go na fotce. Po 45 minutach które śmigły jak 15 minut opuszczamy jaskinię i wracamy do samochodu. Kolejna narada, jest 14,00 co dalej, oglądamy mapę i w oczy rzuca się nam Dolina Będkowska. Kierujemy się w jej kierunku drogą która biegnie w lewo od parkingu, po 10 minutach jazdy na poboczu drogi stoi z 20 samochodów i strzałka z napisem Dolina Będkowska, szukam wolnego miejsca na ustawienie swojej fury, przepakowanie plecaka, wrzucam do niego 2 litry wody, trochę sernika od mamy i idziemy do doliny. Mijamy jakieś małe skałki, jedne przy samej drodze inne oddalone w lesie, schodzimy na sam dół dolinki dochodzimy do krzyżówki i mała konsternacja na krzyżówce nie ma żadnej mapki żeby się dowiedzić gdzie jesteśmy, pytamy się kolejnych turystów ale nikt nie wie gdzie te miejsce jest na mapie, okazuje się że mapa nie obejmuje tego terenu, więc wracamy do samochodu ale idziemy tym razem doliną Będkowską, po drodze mijamy kamping gdzie rozbici są amatorzy wspinaczki skałkowej, a mają na co się tam wspinać, jest parę skałek nawet wysokich, jedna z nich nazywa się Sokolica.

Zaciągnąwszy języka u tubylców z Brandysówki, żółtym szlakiem kierujemy się w kierunku samochodu, przez 3/4 drogi idzie po płaskim terenie, ostatnie powiedzmy 600m prowadzi lekko pod górkę. Po pokonaniu podejścia znajdujemy się 200 m na południe od naszego samochodu. Przy wszystkich mijanych skałkach spotykaliśmy kilka osób które albo asekurowały albo wspinały się na te skałki. Przy tym podejściu mama troszke się nam zasapała i przypociła, latka już nie te no i te wredne papierochy co kopci jak parowóz dały się jej we znaki. Żona widząc jej stan chce już jechać do domu, ja natomiast upieram się żeby podjechać do Karniowic i przejść się Doliną Kobylańską. Po dojechaniu do Kobylan, udajemy sie do doliny, droga prowadzi wzdłuż potoku Kobylanka, a tubylcy mieszkający bliżej wlotu do doliny jeżdżą samochodami po tym potoczku. Wchodzimy do doliny i oczom ukazują się skałki po prawej i lewej stronie doliny i pełno ludzi, jedni spacerują inni grille uskuteczniają, a większość wspina się po skałkach. W jedej ze skałek wykuta jest kapliczka i stoi posąg Matki Boskiej.

Mama postanowiła wejść tam po schodkach i pomodlić się, żona nie mając wyboru towarzyszyła jej. Po pokonaniu ileś tam stopni, mama ledwie zipała, ale jakbym jej powiedział, że to nie na jej siły dostałbym burę. Ja zrobiłem fotkę figurze M.B. z dołu zoom x 20. Pospacerowaliśmy po dolince sobie z 1,5 godzinki i tym miejscem jestem zauroczony. Pomimo tego, że było tam dużo ludzi nie było ani ciasno ani głośno; słychać było śpiew ptaków. Po mile spędzonym dniu na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i w jej dolinkach udaliśmy się do domciu. Polecam Wam takie małe wypadziki w te rejony. Więcej o tych wszystkich miejscach co opisałem znajdziecie na necie. Pozdrawiam Johnny40

 


 
Komentarzy (4) | 25.05.2009 | Drukuj | Poleć znajomemu

Napisz komentarz:

Zaloguj się by dodać komentarz.