» Wyprawy na grzyby - 2007 » Święto Grzybiarza 2007 (Niedzica)

Święto Grzybiarza 2007 (Niedzica)

Dodał: Baśka

 
Relacja Basi
Galeria foto - Zenit
Galeria foto - El@
Galeria foto - El@ (Wąwóz Homole)
Galeria foto - Rikardo
Galeria foto - Baśka
Galeria foto - Zygmunt
Galeria foto - Ejw
Galeria foto - Lucyna
Galeria foto - Maud
Galeria foto - Meryt
Galeria foto - Hegedus Ferencne
Galeria foto - Bela Szucs (HU) NOWOŚĆ

Trudne zadanie przede mną, bo jak to bywa na takich spotkaniach, dzieje się dużo i często równocześnie i oczywiście nie sposób być wszędzie i we wszystkim uczestniczyć. Jak już pisał Bobik, kto żyw, czasu nie marnował. Węgrzy narzucili sobie ostre tempo i bogaty program krajoznawczy. Przyjechali już mocno nastawieni na spływ Dunajcem, zwiedzanie Chochołowa i odwiedzenie Zakopanego. Grzybiarze z nich wytrwali, więc oczywiście żaden punkt programu turystyczno-krajoznawczego nie mógł się odbyć kosztem grzybobrania . W piątek, jeszcze przed obiadem spłynęli Dunajcem . Wrócili zadowoleni i oczarowani widokami (czemu się nie dziwię, bo przełom Dunajca podziwiany z tratwy jest jedyny w swoim rodzaju, a widoki tak odjazdowe, że aż języka w gębie można zapomnieć na jakiś czas).







Słowacy w końcu nie przyjechali, więc Zenit patrzył wzrokiem Bazyliszka na każdego, kto o nich zapytał. Po zaaplikowaniu mu leczniczej dawki napoju grzybiarza wzrok Prezesa nieco złagodniał.

Oczywiście po obiedzie integrowaliśmy się intensywnie, zamiast kolacji było ognisko z kiełbaskami i kiszką, więc w naturalny sposób zapanowała pełna ciepła rodzinna atmosfera. W charakterze picia serwowano nam prosto z beczki znakomicie schłodzony napój grzybiarza. Wszystko smakowało wybornie, o kuchni ośrodka mogę mówić w samych superlatywach.

W sobotę po śniadanku większość ruszyła na grzyby. Miejscowi twierdzili, że nie ma grzybów, jednak nikt nie wrócił z pustym koszykiem, czy anużką. Jak się to wszystko do kupy złożyło, to wyszła całkiem pokaźna wystawa (kilkadziesiąt gatunków), a kilkanaście poćców i kilka prawdziwków zostało oddelegowanych do wieczornego bigosu. W lesie zobaczyliśmy w akcji Belę. Muszę obiektywnie przyznać, że Bela przy foceniu bije na głowę wszystkich. Zygmunt i Zenit robią sesje foto po prostu błyskawiczne. Bela nie odejdzie od grzyba, dopóki nie obfoci go ze wszystkich stron (jakieś 25 ujęć), z góry (15), z dołu (15), i przekrojonego (10). Dopiero wtedy wstaje z ziemi i wraca do rzeczywistości. Ale sami wiecie, to nieuleczalna choroba, która na szczęście nie jest groźna.

Zygmunt pokazał nam najróżniejsze wynalazki, poza grzybowymi roślinne, owadzie i motyle. O każdym z tych wynalazków opowiedział, podpowiedział jak się złożyć do zdjęcia, jak oszukać automatyczny pomiar światła i takie różne wynalazki fotograficzne. Zygmunt to kopalnia wiedzy.

Węgrzy wrócili z lasu wcześniej i zostawiwszy grzybki na wystawę pod opieką Eli i Józka, pojechali zobaczyć Chochołów i Zakopane. Wrócili bardzo zadowoleni. Wieczór upłynął przy ognisku, pysznym bigosie, napoju grzybiarza, napoju bogów przywiezionym przez Węgrów, śpiewach, żartach, tańcach, hulankach i innych swawolach. W ramach części oficjalnej zostały wręczone nagrody za zagadki, wymienione upominki i koszulki.

W niedzielę oficjalny program kończył się śniadaniem, potem każdy organizował sobie rozrywki we własnym zakresie, na ile czas pozwalał. Maud z rodziną wybrał się na spływ, Ania z Jurkiem i Irkiem poszli pojeździć na saneczkach, Zenit poprowadził Zygmunta, Bogdana i mnie na grzyby. Zenit mnie przemaglował z grzybków, Zygmunt z fotografii supermakro (jeszcze nie zdążyłam zdjęć zobaczyć), tylko Bogdan chodził sobie „luzem” nagabywany co chwilę przez Prezesa czy kosi grzyby i czy mu się już z koszyka wysypują. Oczywiście w takim gronie musieliśmy trafić na wynalazki (nie tylko grzybowe). Zbiór nie był może bardzo obfity, ale gatunkowy – rydze. Na kartach zbiory są o wiele obfitsze, pstrykaliśmy jak zwykle bez pamięci. Dla mnie to była bardzo cenna wyprawa. Zygmunt przekazał mi mnóstwo informacji i praktycznych wskazówek.

Odwiedzili nas w Niedzicy Bobik z Gabundą i Rysiek Rutkowski z ekipą znajomych. Rysiek przyniósł znalezionego gdzieś po drodze borowika (tego słynnego 1,1 kg). Grzybek ten zrobił prawdziwą furorę, wszyscy sobie robili z nim zdjęcia.

Na pewno nie napisałam o wszystkim. Myślę, że w komentarzach uczestnicy dopiszą to co mi umknęło, pewno pojawią się też relacje innych osób. Dla mnie to było bardzo sympatyczne spotkanie; był czas na wszystko - terminowanie u mistrzów fotografii, grzyby, wystawa, wycieczki, luźne rozmowy, żarty, relaks – co kto chciał. Jednym słowem – wymarzone Święto Grzybiarza.
 
Komentarzy (0) | 1.07.2007 | Drukuj | Poleć znajomemu

Napisz komentarz:

Zaloguj się by dodać komentarz.