Niusy » Grzybobrania w 2009 roku » Ostre rżnięcie....

Ostre rżnięcie....

Dodał:

 

Galeria foto - Zenit
Galeria foto - Tadeusz NOWE
Hej grzybiarze, noże w dłoń, za boczniakiem goń, goń, goń!!!

Przepraszam za przeróbkę znanego kiedyś tekstu ( Hej ułani szble w dłoń, bolszewika goń, goń goń!) ale tak jakoś ta właśnie melodia przyczepiła się do mnie w czasie ostatniego grzybobrania, kiedy z nożami w rękach obieraliśmy pniaki topolowe z nadmiaru boczniaków.



   Pomysł wyprawy na boczniaki powstał w mojej głowie w momencie kiedy w parku krakowskim trafiłem na kępę tych sympatycznych grzybów. Warto pojechać w teren - pomyślałem -  po tych deszczowych szarugach boczniaki wyrosły na potęgę. Jak widać w galerii wyrosły obficie i to nie po raz pierwszy w tym sezonie.

    Na boczniaki nie trzeba jeździć tak wcześnie jak na prawdziwki. Jeżeli gdzieś wyrosną, to najczęściej nikt ich nie zbiera a jeżeli w danej okolicy zbierają to nie ma po co jechać. Wyjechaliśmy z Krakowa o siódmej we mgle, która jednak z każdą chwilą podnosiła się do góry. Dzieki temu można było wreszcie patrzeć na boki czy gdzieś tam nie widać ładnej kępy boczniaków. Wiesiek w swojej galerii przedstawił właściwie cały kompletny fotoreportaż, pokazujący chronologicznie nasze dokonania. Można tam zauważyć i poranne mgiełki i wschodzące słońce i pierwsze pniaki porośnięte boczniakami. Początkowo zbieraliśmy grzyby "jak popadło" a więc i duże i nieco podstarzałe. Potem zabrakło nam miejsca w koszykach więc stare należało wyrzucić a zabrać młode. Kiedy to piszę przypomina mi się dowcip o starym profesorze, który postanowił się ożenić z młódką mającą 19 lat. Kolega profesora patrzył na ten zamiar krytycznie i powiedział kiedyś:

- Słuchaj, przecież ty już przekroczyłeś siedemdziesiątkę...czy pomyslałeś co będzie za dziesięć lat?

- Jak to co, odparł zapytany...wyrzuci się starą babę a weźmie się młodszą.

   Tak też powolutku wyrzucaliśmy te stare a braliśmy młodsze a potem wyrzucaliśmy te młodsze i braliśmy jeszcze młodsze. Zbieranie boczniaków ma jeden podstawowy feler; nie można sobie pochodzić do syta. Idzie się od pniaka do pniaka, potem jest postawa "stojąca zgięta", tnie się sine kapelusze, wrzuca do koszyka a plecy, pracujące w pochyleniu,  bolą coraz bardziej. Takie zbieranie ma też jeden podstawowy walor; można sobie pogadać do woli i wymienić poglądy na tematy kulinarne a także bardziej ogólne. W czasie boczniakobrania nie wpadamy w wykroty, gałęzie nie smagają nas po twarzy i pot nie spływa z czoła do oczu. W niedzielę dzieliliśmy się informacjami na temat przepisów kulinarnych. Boczniaków bowiem przybywało i trzeba było pomyśleć co zrobić z tym bogactwem. Nasz senior - Kazimierz - wyjawił nam, że najbardziej smakują mu boczniaki kiszone. Obgotowuje je przez kilka minut a następnie, po odcedzeniu, układa warstwami w słoju lub garnku glinianym, przesypuje warstwy pokrojoną cebulą, dodaje sól i troszeczkę cukru a także listki bobkowe i kulki ziela angielskiego. Grzyby ułożone w garnku przyciska się deseczką lub talerzykiem i obciąża w taki sposób aby na wierzchu pojawił sie płyn. Kiszenie trwa  od 10 do 14 dni.

  Wiesiek raczył nas opowieściami o flaczkach z boczniaków a ja już wiedziałem, że bedę robił z boczniakami wszystko co tylko usłyszałem a więc kisił, marynował, "flaczkował" a przede wszystkim panierował obgotowane i smażył tak jak kanie. Nasze zbiory były bowiem tak bogate, że można było zaplanować dowolną ilość pomysłów kulinarnych.

   Brak intensywnego ruchu dokuczał nam jednak bardzo, więc  po zapełnieniu wszystkich koszy i siatek udalismy się na poszukiwanie bardziej szlachetnych grzybów. Niestety, nie było już prawdziwków. Zawiodły nas także kozaki i podgrzybki. Maślaki, po ostatnich mrozach, zrezygnowały z wychodzenia na powierzchnię a jedyna kurka, znaleziona przez Wieśka,  była tak maleńka, że musiałem mu uwierzyć na słowo, że to właśnie kurka bo nie miałem z sobą lupy...

   W lesie można było jednak znajdować jeszcze gąski zielone, gąski siwe oraz ładne wodnichy udające maślaki. Prezes - grzyboznawca, przeprowadził nam też szkolenie związane z odróżnianiem maślanki wiązkowej od maślanki łagodnej. Szkolenie wypadło bez zarzutu; zjadłem wczoraj potrawę z maślanki łagodnej, dzisiaj rano poprawiłem i żyję. Parafrazując znaną sentencję łacińską "Cogito ergo sum" mogę powiedzieć: "Piszę więc zyję".

Tak więc prawie pełny bagażnik grzybów został przewieziony z lasów kieleckich do Krakowa. I to była ta część radosna, wieczorem w domu trzeba było także przeżyć część bolesną, która jest związana z przetworzeniem grzybów. O godzinie 12 w nocy padłem na łóżko ale podstawowe prace zostały wykonane.
Tadeusz

 
Komentarzy (12) | 23.11.2009 | Drukuj | Poleć znajomemu

Napisz komentarz:

Zaloguj się by dodać komentarz.