Niusy » Polska której nie znamy... » Sianokosy 2009

Sianokosy 2009

Dodał: Ryszard Ziętkiewicz

 

Galeria foto
Tradycją stało się już, ze około połowy miesiąca lipca jadę do swoich przyjaciół w Gorce na sianokosy.
Tak było i w tym roku, w piątek 17 lipca rano byłem już u znajomych górali we wsi Obidowa,
gdzie zwykle zostawiam samochód. Stara to wieś bo notowana w rejestrach od XIII wieku. a i nazwisko moich gospodarzy wymieniał w swojej twórczości Orkan piewca Gorców.



 Spokojny wyjazd w góry i jesteśmy już z Tadkiem na granicy regla dolnego i górnego w najwyżej chyba w Polsce położonym gospodarstwie ekologicznym. U progu wita nas Ewa z usmiechem na ustach i jak zwykle mówi jakąś celną uwagę w stylu "a co cię tu przygnało, witaj w domu". Po przywitaniu trochę spokojnej krzątaniny w lesie, wszak trzeba przygotować trochę drewna na opał, żeby starczyło na cały tydzień. Jutro chłopy ze wsi przyjeżdżają kosić, pogoda zapowiada sie wspaniała.

W sobotę koło 13 przyjażdżają do koszenie i po trzech godzinach 2 hektary pięknej kwiecistej łąki leży pokosem. Nie ma czego żałować, zwierzęta będą z tego miały siano na całą zimę. A zima z reguły trwa tu prznajmniej pół roku.
Zaczynam rozrzucać pokosy i nagle koło godziny 18 przychodzi ściana chmur, błyska sie i zaczyna padać. W niedzielę zaczynamy sie martwić co to bedzie, bo leje nada, ale Tadek twierdzi, że przejdzie.
Okazuje się, że ma racje i następne trzy dni to piękna słoneczna i wietrzna pogoda wymarzona na sianokosy. W cieniu temperatura sięga 32 stopni Celsjusza, a w nocy nie spada poniżej 23 stopni.
Bracia montują precyzyjny pojazd do zwożenia siana. Takie skrzyżowanie sanek z tirem i od wtorku zwozimy suchutkie siano do stodółki. Każdy pracuje najwydajniej jak może, to chyba jakiś pierwotny instynkt
 nakazuje nam wykorzystać każdą chwilę pogody. W środę wieczorem kończymy, a w nocy zaczyna się ulewa. Jeszcze raz okazuje się jak dobrze jest poddać się takim instynktownym działaniom. Nos górala mówił dobrze,
że może padać. Do niedzieli leje a my szczęśliwi, że zrobiona została najważniejsza w gospodarstwie rzecz, zgromadzone zapasy na zimę, oddajemy sie pzyjemnością duszy i ciała.
Smakujemy doskonałe sery Tadka produkcji, wyciagi z owoców truskawek i wiśni, oraz subtelnych ekstraktów z kwiatów róży. Komuś się chyba pomyliło, że bibilijny raj był w widłach Eufratu i Tygrysu, tam po prostu jest za gorąco.
W radiu jescze usłyszeliśmy wspomnienie jakiegoś wędrownika, który twierdził z przekonaniem, że najlepsza jest kuchnie azjatycka, a szczególnie ta z Maroka. Wieczór był później bardzo udany.
Będę tu musiał wrócic w tym roku by pomóc przy utrzymaniu tej ostatniej koszonej regularnie łąki w paśmie szczytowym Turbacza. Szkoda zmarnować wysiłku tylu pokoleń. Polany w Gorcach były wypalone w XV-XVI wieku, a ta jest ostatnia prowadzona tak jak przed laty. Trzeba karczować drzewa, równać pozostałości okopów z II wojny światowej, zasypywać erozje. To praca na wiele rąk i robota nigdy nie kończąca się. Tym razem nie zrobiłem wiele zdjęć, ale to co udało mi sie złapać między pracą, a chwilą deszczu podzieliłem w kolejności tematycznej na: sianokosy, grzyby, rośliny, zwierzęta i nową architekturę w Gorcach.
Jak będę tu później to napiszę co nowego słychać po Turbaczem.

 

 
Komentarzy (6) | 28.07.2009 | Drukuj | Poleć znajomemu

Napisz komentarz:

Zaloguj się by dodać komentarz.