Niusy » Świat którego nie znamy » Relacja z Norwegii – Dzień Trzeci

Relacja z Norwegii – Dzień Trzeci

Dodał: maryjka

 

Galeria foto - Maryjka NOWE
Galeria foto - EL@ NOWE
Galeria foto - Żulik NOWE
Kiedy byłam pewna wizyty Zenita w Norwegii, wpadłam na pomysł, aby zorganizować spotkanie z naszą klubowiczką Maniną mieszkającą w Szwecji. Przeliczyliśmy z Wafkiem trasę w kilometrach i stwierdziliśmy, że ta sztuczka może się udać.
Oslo- Goeteborg to tylko 330 km. Pozostało opracowanie takiej strategii tego spotkania, aby pozostało ono wielką niespodzianką. Manina pomogła Mi przygotować szczegóły techniczne. Wszystko utrzymane pozostało w atmosferze pełnej konspiracji.



   Po emocjonującym dniu w temacie „ Oslo w pigułce", rankiem rozpoczęliśmy wszyscy akcję pod kryptonimem „ Wielka ściema". Podczas całej trasy rozgrywały się iście aktorskie scenki, aby omamić Prezesa. Kłamaliśmy wszyscy jak z nut aż dym wychodził uszami. Wymyślaliśmy coraz bardziej niewiarygodne historie aż sami zaczęliśmy się wkręcać. Czym bliżej Goeteborga tym było trudniej.

    W tle pojawiły się drogowskazy, szwedzkie numery rejestracyjne i flagi. Zenit zadawał coraz więcej szczegółowych pytań, a my z uporem maniaka przesuwaliśmy granice raz o 50 km a raz o 30. Był moment, że wkręcany coś zwęszył i na jednym z postojów zabrał się do czytania mapy. Prawie wpadliśmy, ale zorientowawszy się błyskawicznie wyrwałam mu mapę z wyrzutem, że pilotowi wycieczki w papiery się nie zagląda. W Goeteborgu trafiliśmy na korki i zaczęliśmy mieć znaczne opóźnienie. Zadzwoniła do nas Manina i trzeba było wymyślać kolejną bajkę, aby zmylić Zenita.

   W końcu już prawie całkiem zakręceni podjechaliśmy pod dom Maniny, która czekała już z pięknym bukietem kwiatów. Zorientowawszy się, że Prezes jej nie poznał i nie dziwota, ponieważ mieli tylko kontakt wirtualny, postanowiłam ich sobie przedstawić. Nogi mi zadrżały z wrażenia i obawy o serce Prezesa. Niespodziewanie jednak zapanowała dziwna cisza, Wiesiek zamilkł i właściwie sami nie wiedzieliśmy, co dalej ahhahahahahaha. Jednak Manina rozładowała sytuację, czym prędzej zapraszając w gościnę. To były wielkie emocje, ja do teraz mam gęsią skórkę.

   Mieszkanie Maniny jest niezwykłe. Kryje w sobie piękną i bogatą historię rodzinną. Z ciekawością słuchaliśmy jak opowiada o każdej fotografii, których kolekcja i wartość historyczna jest niebywała. Mąż Maniny Maciej zachęcił ją do pochwalenia się swoim odznaczeniem mianowicie Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, jakie otrzymała w czerwcu 1994 roku,  jako Obywatel Królestwa Szwecji, za za pomoc dla sprawy polskiej.

   Na chwilę zasiedliśmy przy kuchennym stole, aby porozmawiać o „ Darz Grzybie" oraz nasycić się mocną herbatą z mlekiem, która miała nam dać siłę, aby udać się w dalszą podróż zaplanowaną już tylko przez Maninę.

   Rozdzieliliśmy się na dwa samochodu a Maciej został pilotem wycieczki. Przemknęliśmy przez Goeteborg przejeżdżając przez most na rzece Gota alv, mijając Koncern Volvo oraz Rafinerię.

   Dotarliśmy do przystani Maniny na wyspie Hisingen, gdzie okazało się, że w planach jest wypłynięcie łódką na pełne morze. Całe towarzystwo było niezwykle zadowolone z tej atrakcji, tylko ja dostałam cykorii pod skórę. Pomyślałam, że to mała kara za te wszystkie kłamstewka. Wafek zajął się rozpalaniem grilla i organizacją pikniku a ja i Zenit poszliśmy na pierwszy ogień.

   Wypłynęliśmy w mały rejs na cieśninę Kattegat. Cieśnina ta jest granicą Morza Bałtyckiego i zaliczana jest do tego morza. Kattegat połączona jest również z Morzem Północnym poprzez cieśninę, Skagerrak, którą już zaliczyliśmy na Verdens Ende.

    Łódka Macieja w porównaniu z wielkim morzem wyglądała jak łupinka od orzecha a kiedy fale zaczęły ją podbijać na większą wysokość nie było już wcale śmiesznie. Zenit był moim kołem ratunkowym i w szybkim tempie przemieściłam się z dziobu na środkową ławeczkę wbijając się w Prezesa wszelkimi dostępnymi mackami.

   Widoki okolicznych skalistych wysepek była ujmujące, ale robienie zdjęć było trudne, ponieważ bryzgało wodą na wszystkie strony a o bujaniu nie wspomnę.

   W kolejny rejs wyruszyła El@ z Żulikiem i ku mojemu zaskoczeniu była z tego faktu bardzo zadowolona. Na łódce odtańczyła taniec "kuternika " i odpłynęli. Nie dziwota, że po locie samolotem nic dla niej straszne. No jedynie chyba skok na bangi lub ze spadochronem. Ja już się postaram dostarczyć jej tych atrakcji... Pożyjemy, poczekamy hihi.

   W międzyczasie Wafek i Manina przygotowali jedzonko z grilla. Były pyszne żeberka, karczek oraz specjał Maniny grillowane gruszki. Wszyscy obiegliśmy okoliczne skały, aby uwiecznić rośliny i porosty skalne, które występują tutaj w różnych, bliżej nam nie znanych gatunkach. Maciej i Manina zarządzili kolejny etap wycieczki, wyprawa promem, do Szwedzkiego Raju, czyli uroczych wysp na Archipelagu Goeteborg.

  Wyjazd się opóźnił, bo niewiedzieć, czemu wszyscy pogubili okulary słoneczne. Prawdziwa epidemia, bo zaginęły aż 3 sztuki. Część odzyskano a miejsce zguby pozostałych niech pozostanie słodką tajemnicą. Promem samochodowym przedostaliśmy się na archipelag i mostami łączącymi wyspy dotarliśmy na jedną z bardziej malowniczych - wyspę Hono. Tam aparaty prawie nam się zagotowały, bo uroczych zakątków z charakterystycznym akcentem maleńkich portowych zatoczek nie brakowało.

  W drodze powrotnej na promie udało się nam uchwycić kolejny zachód słońca. Słońce nad horyzontem, szum i zapach morza, wiatr we włosach i skrzeczenie mew nazywane śpiewem... prawdziwy raj na ziemi.

  W domu Maniny i Macieja wzmocniliśmy się na drogę mocną kawą i o 23:30 wyruszyliśmy w drogę powrotną do Oslo. Droga upłynęła nam na śmiechu, wspominaniu minionego dnia oraz analizie kłamstewek. Do domu dotarliśmy o 3:30 i właściwie jechaliśmy jak za dnia, ponieważ na trasie towarzyszyła nam niezapomniana skandynawska noc.

  Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zaliczyli jeszcze przeglądu zasobów fotograficznych dnia w podgrupach. Kiedy emocje opadły i poziom adrenaliny opadł przeszliśmy w fazę śmiechu. Przez 2 godziny trzymała nas totalna głupawka.

  Wspominaliśmy dawne akcje między innymi w Zawojańskiej dziczy, potem śmialiśmy się do łez ze skarpet El@ -y oraz jakiegoś hasła „ żelazko", które rzucił Wafek. Zaczęły się wymykać coraz bardziej banalne i śmieszne hasła, które prędko zaczęłam zapisywać na kartce.

   Maryla do mycia!!! - rzucił Prezes. Jak ja byłem w Europie to ty do przedszkola chodziłaś - Prezes do El@- y. Zamknijcie te okna, bo przecież jest noc - krzyczał Żulik spuszczając żaluzje przed wschodzącym już słońcem. El@, oj ty zaliczysz lot na bangi mówił Wafek a El@ - oooooooo..... Już lecę!!!

  Śmiechu była cała beczka, ale więcej haseł nie napiszę, bo cenzura nie puszcza. I tym radosnym akcentem zakończyliśmy ten dzień skoro świt o godzinie 7 rano.

  Należało się w końcu wyspać. Następny dzień będzie już na pełnym luzie w planie mamy w końcu wyprawę do lasu oraz łowienie ryb. Ufff...

 

     Dziękujemy Maninie i Maciejowi za wspaniałe powitanie, gościnę oraz czas, jaki nam poświęcili. To było cudowne  spotkanie i niezapomniane wrażenia SmileSmileSmile

Maryjka

 



 

 
Komentarzy (9) | 7.06.2009 | Drukuj | Poleć znajomemu

Napisz komentarz:

Zaloguj się by dodać komentarz.